Mąż zeń był postawny, choć przeciętnego wzrostu, to nieprzeciętnie w barach rosły. W postawie jego znać było wigor i dumę - nie tą próżną pysznej szlachcie należną, lecz dumę człeka świadomego własnej wartości.
Dłonie jego naznaczyło piętno ciężkiej roboty -- szorstkie, mocne, nawykłe do dzierżenia młota. Prawe ramię aż do piersi pokrywał tatuaż niezwykłej faktury, mamiący oko bogactwem barw i kształtów. Figurę jego więczyła czaszka łysa, gładko wygolona z obliczem młodym a ogorzałym. Prawe oko barwy wilczej sierści uważnie na świat spoglądało. Lewe zaś ślepie czarną przepaską miał przesłonięte, co na myśl przywodziło okrutne boje, które stoczyć był musiał. Człek to honorny, uczciwy a prawdomówny do bólu. Oszustwa nie znosił, kłamstwem się brzydził, w pogardzie miał ludzi bez krztyny godności. Dobro i sławę rodu na uwadze mając starannie działania swe rozważał. Gdy zaś do czynów przychodziło, zawzięty i nieustępliwy bywał na wzór osła. Tak prostolinijna natura jego była.
Krzepa jego, hart ciała i przymioty ducha mocą młota i ognia wykute zostały. W kuźni pod czujnym okiem ojca nabierał wprawy w rzemiośle, obracając czerwony metal w narzędzia życia i śmierci. Nie zapomniał go też ojciec przyuczyć do roboty mieczem i tarczą. Świat wszak i dla kowal nie miał litości, a Magdar zasmakował w tej robocie równie mocno co w młocie.
Odziany w skóry na wzór barbarzyński jawił się jako wój dziki -- i takim w rzeczy samej był. Miecz jego dziwny, toporny w kształcie o ostrzu szerokim, ciężki i nieporęczny nieraz srogo doświadczał wrogów. Tarcza zaś i kolcza zbroja w wiernej asyście w boju od ran go chroniły. Koń jego jabłkowitej maści do rączych nie należał, za to przodował w sile i wytrzymałości.
Ród Mortimerowy na dalekiej północy ma swą siedzibę pośród śnieżnych szczytów. Z dziada-pradziada szlachetną sztuką obróbki metalu się trudnią, w pocie i znoju wykuwają swój los.
W mowie prawy, w rzemiośle zręczny, w czynie uparty, w mieczu straszny - takim był Magdar, syn Magna, syna Malaka z rodu Mortimera.
