Kolor wolności

Prolog


W każdym większym mieście imperium spędzać wolny czas można na przynajmniej kilkanaście różnych sposobów. W stolicy Megalos sposobów tych jest aż kilkadziesiąt. Większość z nich wymaga jednoczesnego wydawania pieniędzy, ale nie wszystkie. Główna rozrywka stolicy jest darmowa. Przyglądanie się walkom gladiatorów na Arenie nie kosztuje nawet złamanego miedziaka. Miasto czerpie zysk z opłat uiszczanych przez kupców, którzy rozkładają swoje kramy w bezpośrednim sąsiedztwie spływającego czerwienią przybytku. Rozlew krwi, jak wiadomo, przyciąga plebs. Wiedzą o tym kupcy, wie o tym rada miejska. Wielkie koło koniunktury się zamyka.

By móc przez kilka godzin obserwować fascynujące widowisko, nie trzeba kupować żadnego biletu. Należy tylko przyjść odpowiednio wcześnie, by znaleźć jeszcze wolne miejsce. Podczas Wielkich Eliminacji ciągnących się przez sześć miesięcy Arena prawie nigdy nie jest pełna, więc nie stanowi to większego problemu. Sprawa przedstawia się natomiast inaczej podczas rozgrywanych dwa razy do roku Finałów. Pierwsi widzowie pojawiają się wtedy już na pół doby przed rozpoczęciem igrzysk. Rzecz jasna, za pieniądze można kupić wszystko i ci, których na to stać -- bogatsi mieszczanie i szlachta -- wolą wydać kilka srebrników i zarezerwować miejsce na trybunach Areny z wyprzedzeniem. Wy też wolicie. I chociaż być może znajdują się wśród Was tacy, którzy do niewolnictwa podchodzą sceptycznie, utarta norma społeczna to utarta norma społeczna. A majowe Finały są wydarzeniem zbyt spektakularnym, by je przegapić. Szczególnie, jeśli jest się poszukiwaczem przygód (eufemizm określenia "najemnik"), nie narzeka się na brak gotówki (przynajmniej chwilowo), a jednocześnie nie ma się w danej chwili wiele do roboty (nowe zlecenia się na razie nie pojawiły).

* * *

Sztandary dumnie powiewają na tle błękitnego, czyściutkiego jak kropla źródlanej wody nieba. Muzyka bardów walczy o swoje miejsce w powietrzu ze szmerem podekscytowanej publiczności. Tymczasem pod trybunami, w okratowanych pomieszczeniach-szatniach, trwa złowieszcza cisza. Gladiatorzy szykują się do wyjścia na przesączony czerwienią poprzednich rund piasek. Sznurują rękawice, przyglądają się swej broni, nerwowo spoglądają w stronę wylotu korytarza prowadzącego na arenę. Wszystko to pod czujnym spojrzeniem kilkudziesięciu legionistów. Dzisiaj przecież Finały. Gladiatorzy, którzy przeszli przez sito Eliminacji, to najlepsi z najlepszych. Lepiej nie ryzykować.

W dusznych szatniach gęścieje napięcie. Jest zbyt ciemno, by strażnicy mogli dostrzec porozumiewawcze spojrzenia, jakie wymieniają między sobą niewolnicy.

Wreszcie. Heroldowie podnoszą wypolerowane do połysku trąbki. Rozlegają się fanfary. Oto finałowa ósemka. Publiczność ryczy z zachwytu. Wy przyglądacie się widowisku z nieco większą rezerwą z górnych rzędów.

Gladiatorzy wychodzą na arenę w zwartym dwuszeregu. Salutują widzom. Tłumy wiwatują, mężczyźni odpowiadają skinięciami dłoni, kobiety ślą pocałunki. Jeden wielki kocioł bulgocącej hipokryzji. Wszyscy wiedzą, a już najlepiej zawodnicy, że publiczność pragnie widoku ich krwi, pragnie widoku ich parujących flaków.

Gladiatorzy obchodzą wokół arenę i zatrzymują się przed Lożą Imperatora. Salutują przed nią w milczeniu przez dobre pół minuty. Gest stary jak Arena, a jednocześnie zupełnie zbyteczny. Loża jest pusta. Imperatora zatrzymały ważne obowiązki w pałacu.

Z trybun sypie się deszcz kwiatów i pieniędzy. Zawodnicy ignorują te pierwsze i nie schylają się po te drugie. Niewolnikom nie wolno dotykać monet Imperium -- wielka to obraza, karana śmiercią. Pieniądze zostaną zebrane później, po walce, i dostarczone gubernatorowi, który rozda je potrzebującym. Potrzebującym urzędnikom miejskim i swoim kumotrom.

Wtem na środku areny eksploduje bezgłośnie błysk jaskrawszy od słońca. Wybucha wrzawa i chaos, oślepieni widzowie zrywają się ze swoich miejsc w panice, zderzają z sąsiadami. Mija dobrych kilkadziesiąt sekund nim świetlista powidoka ustępuje sprzed oczu zebranych tu ludzi. Następuje chwila ciszy, wszyscy kolejno zwracają spojrzenie na arenę... i wrzawa wybucha na nowo, z jeszcze większą siłą. Arena jest pusta. Gladiatorzy zniknęli.

Osoby siedzące w najwyższych rzędach od północnej strony dostrzegają grupkę ludzi uciekających z Areny przez najbliższą bramę. Ich sylwetki odpowiadają sylwetkom gladiatorów. Wśród biegnących widać jeszcze jedną, zakapturzoną postać. Łucznicy strzelają, ale niecelnie. Jakiś dureń wrzeszczy wniebogłosy: "Ludzie! Patrzcie! Tam są!" i moment później czujecie, jak publiczność z niskich rzędów, niczym jedna wielka masa, przypiera Was do bariery, chcąc uzyskać lepszy widok. Na trybuny nie wolno wnosić broni, więc chcąc uniknąć zgniecenia przez wściekle podnieconą tłuszczę, musicie robić użytek z pięści. Kilka metrów obok Was za barierkę zostaje zepchnięta jakaś gruba baba. Piszcząc przeraźliwie spada i dwadzieścia metrów niżej ląduje na bruku. Nie rusza się, jej ciało wykrzywione jest pod dziwnym kątem...

Ale nikt na nią nie zwraca uwagi, nawet Wy. Oczy wszystkich zwrócone są w kierunku uciekających gladiatorów. Jedni ich głośno przeklinają, drudzy wiwatują na ich część. Drogę zbiegom zastępuje oddział straży miejskiej. Dochodzi do krótkiej, brutalnej walki. Dwóch niewolników pada martwych na ziemię, ale pozostali wyrzynają kilkunastoosobową drużynę gwardzistów w pień i po chwili znikają za rogiem. Ośmiu... Ośmiu gladiatorom udało się więc uciec... i jeszcze ta tajemnicza, zakapturzona postać.

W tym całym galimatiasie, jaki zapanował na trybunach, nikt nie zauważył, jak mężczyzna odziany w szaty imperialnego maga, patrząc w kierunku, w którym uciekli niewolnicy, wypowiedział szeptem zaklęcie...

* * *

Jak łatwo się domyślić, w całym Megalos ogłoszono alarm. Straże postawiono w stan najwyższej gotowości. Wzmocniono warty na rogatkach, legioniści otoczyli całe miasto kordonem. Na ulicach stolicy zaroiło się od patroli. Wszyscy wiedzieli, że gdy zbiegli gladiatorzy zostaną schywtani, czeka ich śmierć w męczarniach... publiczna śmierć w męczarniach. Nie chodziło oczywiście tylko o to, że mogą być niebezpieczni dla ludu. Znacznie większą rolę odgrywał ich status -- a raczej brak jakiegokolwiek statusu. Gdyby inni niewolnicy dowiedzieli się o zakończonej powodzeniem ucieczce swych pobratymców, do czego by to doprowadziło? Do niczego dobrego. Do nowych prób ucieczek, być może nawet do buntu wśród potulnej zazwyczaj społeczności niewolniczej, teraz zachęconej sukcesem ósemki gladiatorów. Władze nie mogły sobie na to pozwolić. Poza tym, niewolnicy nie uciekają tak po prostu z Areny. To nie do pomyślenia.

Nic więc dziwnego, że zdwojono, a potem strojono wysiłki, by dopaść zbiegów. Na początku sądzono, że będzie to bardzo łatwe. Podczas ucieczki, pewien mag rzucił na nich zaklęcie, które nadało ich skórze intensywny, purpurowy odcień na okres kilku dni. Ale minął dzień i gladiatorów nie udało się znaleźć. Potem minął drugi dzień i Imperator zaczął się niecierpliwić. Rozeszły się plotki, iż kapitan straży miejskiej został zdegradowany i że niedługo na ulicach zaroi się od łowców głów. Trzeciego dnia rano na ulicach Megalos rozlepiono listy gońce. Wyznaczono nagrodę w wysokości 500 srebrników za każdego zbiega -- żywego lub martwego.

Wy czekaliście cierpliwie. Zdawaliście sobie sprawę z tego, że wiedzą o Was odpowiednie osoby. Mieliście w pewnych kręgach dobrą opinię. I rzeczywiście... Czterdzieści osiem godzin po wydarzeniach na Arenie wezwano Waszą szóstkę do kancelarii Arcadiusa, wysoko postawionego urzędnika ministerstwa sprawiedliwości.

* * *

- Jest ich ośmiu. I jeszcze to tajemnicze indywiduum w kapturze, które pomogło im zapewne w ucieczce. Cała ósemka bardzo niebezpieczna. Zresztą, chyba się tego domyślacie. Byle kto nie dostaje się do Finałów.

- Arlon. Rebeliant, były dowódca grupy najemników. Takiej mniej więcej jak wasza -- Arcadius posłał Wam kwaśny uśmiech. -- Mistrz walki różnymi rodzajami broni. Godny przeciwnik. Zanim go schwytaliśmy, wyrobił sobie opinię specjalisty od taktyki partyzanckiej. Przypuszczamy, że stał się nieformalnym przywódcą zbiegów.

- Gruby. Wielkolud o wyglądzie idioty. Nie wiem, w jakich okolicznościach został niewolnikiem. Zresztą, z takim poziomem inteligencji nie mógł zajść daleko. Sprzedano go do Areny. Podobno bardzo silny.

- Lloyd. Zawodowy gladiator, trudnił się też fachem najemnika. Na Arenę trafił jeszcze raz -- przymusowo -- po tym, jak zamordował szlachcica. Doświadczony wojownik.

- Czacha. Dzikus. Jego plemię zaatakowało jeden z posterunków pogranicznych na północy. Przeklęci barbarzyńcy, ciągle są z nimi jakieś kłopoty. Został schwytany, trafił do niewoli... Klasyczna historia.

- Ceng. Były ochroniarz pewnej szlachcianki. Próbował ją zgwałcić. Próbował, a może i nawet zgwałcił, niewiele mnie to obchodzi. Wykastrowano go i sprzedano do niewoli. Po kilku latach pracy w kamieniołomach trafił na Arenę. Pewnie jakiejś innej szlachciance zaimponowały jego mięśnie.

- Urien. To przydomek, nie znamy jej prawdziwego imienia. Tak, "jej" -- Arcadius popatrzył na Was ciężkim wzrokiem. -- Gdy wygrała w pierwszej walce, nie wierzyliśmy własnym oczom. Gdy dotarła do Finału... Cóż -- wzruszenie ramion. -- To elfka, poganka. Złapana w lesie dawno temu. Była... hmmm... niewolnicą... rozumiecie... pewnego barona. Baron kopnął w kalendarz, a wdowa sprzedała ją na Arenę.

- Jann. Taki mały, wredny złodziejaszek. Żadna gruba ryba. Recydywista, kilka razy siedział w więzieniu, w końcu ktoś się zdenerwował i wrzucił go na Arenę. Zaskoczył wszystkich. Okazało się, że całkiem nieźle walczy sztyletami.

- Renegiusz. A to ciekawy przypadek. Wędrowny bard. Podczas występu przedrzeźniał jakiegoś szlachcica. Miał pecha. Szlachcic sypnął groszem komu trzeba i facet został aresztowany. Potem tamten szlachcic sypnął groszem jeszcze raz -- poczuł się chyba naprawdę urażony -- i Renegiusz trafił do niewoli, potem na Arenę. Cóż, nie utrzymujemy kontaktów dyplomatycznych z jego państwem -- kolejne wzruszenie ramion.

Arcadius rzuca na stół przed Wami osiem niezgrabnie sporządzonych rysopisów. Opiera się o biurko, pochyla, przycisza głos.

- To śmierdząca sprawa. Nie udało się nam ich znaleźć, nie wpadliśmy nawet na żaden trop. A zaczęliśmy działać od razu. Miasto otoczyliśmy kordonem, zdwoiliśmy straże, wypuściliśmy dodatkowe patrole. Byliśmy pewni, że szybko ich złapiemy. A tu nic. Jak kamień w wodę. Jesteśmy przekonani, że nie udało się im opuścić miasta. Żaden mag nie mógł im pomóc, bo szybko postawiliśmy naszych w stan gotowości i skanowaliśmy miasto w poszukiwaniu wszelkiej podejrzanej aktywności. Musieli się gdzieś zaszyć. Chcą przeczekać. Na razie nie mogą wykonać żadnego ruchu, bo rzucono na nich zaklęcie. Ich skóra przybrała odcień purpury. Zostaliby natychmiast dostrzeżeni, a teraz, w maju, niewiele osób chodzi ubranych od stóp do głów i łatwo ich wszystkich sprawdzać. Przetrząsnęliśmy całe miasto. Prawie całe. Ale wiecie, jak na Dołach reaguje się na widok straży miejskiej. -- Doły były najbiedniejszą, najbrzydszą i najgroźniejszą dzielnicą Megalos, ostoją wszelkich rzezimieszków i miejscem, gdzie załatwiało się wszelkie nielegalne interesy. -- Tylko tacy ludzie jak wy mogą dokładnie zinfiltrować ten teren. Oczywiście, nie wiemy, czy oni tam rzeczywiście są. Ale ja tak właśnie uważam. Najpewniej ukrywają się w piwnicy jednej z tych zrujnowanych kamieniczek.

- Jak widzieliście na listach gończych, normalna stawka wynosi 500 srebrników za głowę. Wy dostaniecie dwa razy tyle. Pewni... ludzie... słyszeli o waszej grupie sporo dobrego. Wiemy, że udało wam się załatwić sprawę Herberta Zygfryda, wiemy też, że całkiem niedawno działaliście na Dołach. Ale musicie się spieszyć. Skóra zbiegów odzyska normalny kolor najpóźniej za dwie doby, może nawet wcześniej. Potem spróbują uciec z miasta i wierzę, że są na tyle cwani, że im się to uda. Chcemy ich mieć z powrotem, żywych lub martwych, bez różnicy. Jeśli chodzi o tę dziewiątą osobę, osobę, która najwyraźniej pomogła im w uciecze... Ją wolelibyśmy żywą, ale jeśli się nie uda... Cóż. Nikt nie będzie miał do nikogo pretensji.

- Oczywiście, pamiętajcie o tym, że wspomniałem tylko o nagrodzie pieniężnej. Jeśli uda wam się ich schwytać... Cóż. Powiem tyle: Tutaj nie zapomina się szybko o takich jak wy.

- To wszystko. Życzę wam powodzenia.