Drzwi wejściowe powoli uchyliły się i Dethan, z trudem przebijając wzrokiem mrok panujący w pokoju, cofnął się o kilka kroków. Zza drzwi buchnął na niego smród śmierci i spalonego mięsa. Potem do środka wczołgał się Lloyd. Na osmalonej twarzy odcinała się wyraźnie jasna para wytrzeszczonych w spaźmie śmierci oczu. Lloyd pełzł naprzód, powoli, metodycznie, odpychając się od podłogi okrwawionymi rękoma. Sczerniałe kikuty nóg zlepiły się ze sobą tworząc coś w rodzaju makabrycznego odwłoku.
- Nie... -- wyszeptał Dethan, z trudem odrywając wyschnięty język od podniebienia. Skoncentrował się, spróbował rzucić czar... i napotkał mentalny mur. Nie wiedział, co jest straszniejsze -- owo uczucie magicznej niemocy czy potworny, martwy wyraz oczu pełznącego w jego stronę trupa.
Dethan dotknął plecami ściany pokoju. Lloyd podczołgał się jeszcze parę metrów i zatrzymał, nie spuszczając ze swej ofiary oczu. Niespodziewanie naprężył mięśnie ramion, odbił się od podłogi jak sprężyna i skoczył w kierunku maga. Dethan mógł tylko wrzeszczeć.
Wreszczał jeszcze przez kilka sekund po przebudzeniu.
Thomas polerował hak, co chwila unosząc go i przyglądając mu się pod światło. Porządna, powlekana stal. Perfekcyjny montaż w nadgarstku. Gdyby nie znajomości Magdara, trudno byłoby coś takiego załatwić. Thomas wzdrygnął się ze wstrętem na myśl o miejskich nędzarzach, którzy utracone kończyny zastępują nieociosanymi kawałami brudnego drewma wkręcanymi bezpośrednio w kikucie.
Te prawie 1200 srebrników, które zarobił dzięki aferze z gladiatorami, bardzo mu się przydały. Dzięki wstawiennictwu Magdara wytworzenie i instalacja haka były tak tanie, jak to tylko możliwe, ale i tak pochłonęły wszystkie wcześniejsze oszczędności Thomasa. I jeszcze miecz ze specjalnie przekształconą rękojeścią, tak, by można go było pewnie trzymać przy pomocy haka. Magdar obiecał, że sam przyniesie go dzisiaj wieczorem. Gdyby nie wynagrodzenie, musiałby pożyczyć pieniądze na życie od kompanów -- a pożyczać pieniędzy wprost nie znosił.
"Dzięki aferze z gladiatorami...". Cóż, gdyby nie ta afera, miałby dalej swoją dłoń. Ale taki jest żywot najemnika.
Thomas wzruszył ramionami i dalej czyścił hak.
- Czy na pewno poradzisz sobie sam jeden z nimi sześcioma? -- spytał na koniec Renegiusz, nie będąc do końca pewnym, czy zadawanie takich pytań komuś takiemu jak ten człowiek było bezpieczne.
Mroczną twarz przybysza rozjaśnił cień uśmiechu. Jego głos brzmiał tak, jak by ktoś pocierał ludzką czaszką o zimny marmur.
- Tym się nie przejmuj.
Renegiusz milczał przez chwilę, mierząc potężną sylwetkę odzianą w brudny, znoszony, niebieski płaszcz.
- Tylko pamiętaj. Nie zabijaj od razu. Niech ich dusze najpierw wyżre potworny strach. A gdy już będziesz wiedział, że są ogłupieni jak zwierzęta, uderz po raz ostatni. I niech to nie będzie lekka ani krótka śmierć.
Wielkolud ponownie się uśmiechnął.
- Nie lubię zadawac lekkiej i krótkiej śmierci.
Skinął głową na pożegnanie i wyszedł. Renegiuszowi wydało się, że gdy tylko opuścił pokój, ogień w kominku żywiej rozbłysł.
Nie minęła zaledwie minuta, a do pokoju wbiegł Szymon. Złapał za ramiona Renegiusza.
- Nie możesz tego zrobić -- wyszeptał zdławionym szeptem. - To nie w porządku. Tak nie wolno.
Renegiusz odtrącił go gwałtownie i syknął:
- Nie podchodź do mnie, starcze. Przez ciebie oni wszyscy zginęli. Tak wygląda twoja wolność? Zaprowadziłeś nas do tej swojej dziury i kazałeś czekać nie wiadomo na co, a oni wybrali nas jak ryby z sieci. Gdyby nie poświęcenie Arlona i pozostałych, dawno byś nie żył. Gdzie twoja wdzięczność? Jak może ci być żal tamtych rzeźników?
Szymon opadł ciężko na fotel.
- Nie rozumiesz. To nie jest człowiek. Zleciłeś to zadanie komuś, kto nie jest człowiekiem.
- Człowiek, człowiek... Taki sam jak ja i ty. Po prostu jest mistrzem w swoim fachu.
- Głupcze! Czy tak trudno ci to pojąć? On ich zabije w niewyobrażalnie okrutny sposób, a potem wróci po ciebie... i po mnie -- dodał bardzo cicho. -- I nie będzie bardziej litościwy...
Renegiusz uśmiechnął się wzgardliwie i wyszedł z pokoju. Nie dał po sobie tego poznać, ale słowa Szymona głęboko nim poruszyły. Tej nocy długo nie mógł zasnąć.
Mężczyzna w niebieskim, znoszonym płaszczu całą noc wędrował niestrudzenie na piechotę w kierunku Megalos.