Łowca w znoszonym, niebieskim płaszczu przybył do Megalos.
* * *
Bohaterowie powrócili do stolicy ósmego września. Jesień przyszła w tym roku wcześniej niż zwykle, bowiem w mieście zastał ich deszcz. Przez następne tygodnie nie padało co prawda codziennie, ale słońce nie wychyliło się zza ciemnoszarych, zbitych chmur ani razu. Po zapadnięciu zmroku chłodne wiatry przewalały się pustymi zaułkami.
Jak zawsze po wykonaniu zlecenia, bohaterowie -- z wypełnionymi kiesami -- powrócili do zwykłych zajęć. Magdar podjął przerwaną pracę w zakładzie płatnerskim, Anor zajął się leczeniem ludzi, Elric kontynuował wykłady na uniwersytecie, a reszta rozeszła się do swych gospód, by beztrosko spędzać czas na wydawaniu zarobionych pieniędzy. Świerszcz zamieszkał w tym samym zajeździe, co Thomas.
Z całej czwórki najproduktywniej spędzał wolny czas Dethan. Poświęcił go na badanie magicznej aury pierścienia Riyana, parę razy odwiedził także Krainę Cieni. Zaklęcie łączące pierścień z Krainą okazało się niezwykle skomplikowane i młody czarodziej nie potrafił go dokładnie zanalizować. Na temat samej Krainy Cieni również niewiele udało mu się ustalić. Odkrył jednak kilka interesujących rzeczy związanych z działaniem pierścienia. Po wypowiedzeniu hasła "Saminota" przenosił on posiadacza (razem z ewentualnymi osobami i przedmiotami, których ten dotykał dłońmi) do drugiego wymiaru, jednak działał w zupełnie inny sposób niż szafa w domu Riyana. Po pierwsze, z punktu widzenia naszego świata, czas spędzony w Krainie Cieni wynosił zawsze równo trzy sekundy -- niezależnie od czasu, przez który dana osoba faktycznie znajdowała się w Krainie. Po drugie, po użyciu pierścienia posiadacz trafiał w losowo wybrane miejsce Krainy (choć potem wracał w dokładnie to samo miejsce naszej rzeczywistości, z którego wyruszył). Najpierw Dethan pojawił się tuż obok wewnętrznego zbocza szklanych gór, ale za drugim razem trafił tuż nad rzekę pełną węgorzy-krwiopijców. Czarodziej wolał nie ryzykować kolejnych eksperymentów przed poznaniem natury zaklęcia kierującego działaniem pierścienia. Mógł przecież zmaterializować się w Krainie Cieni nad pewną bezdenną przepaścią w jej centrum...
Rany odniesione przez bohaterów powoli się goiły. Elric zmuszony był nosić przez kilka najbliższych tygodni prawą rękę na temblaku. Thomasowi mocno doskwierały rozległe obrażenia klatki piersiowej. Stary wojak był zahartowany, ale kilka pierwszych dni spędził mimo wszystko w łóżku, ograniczając do minimum poruszanie się. Dethan chodził o lasce ze względu na uszkodzony mięsień łydki.
Bohaterowie nie przypuszczali, że nowa przygoda znajdzie ich tak szybko. Dwudziestego września do Magdara przyszła wiadomość od Arcadiusa, urzędnik ministerstwa sprawiedliwości, który swojego czasu zlecił im zadanie odszukania zbiegłych gladiatorów. Teraz informował w liście, że z drużyną chce widzieć się osobiście sam minister handlu. Spotkanie wyznaczono jeszcze tego dnia, o pierwszej po południu. Arcadius bez ogródek dawał do zrozumienia, że minister handlu to persona na tyle ważna, iż bohaterowie nie powinni nawet myśleć o spóźnieniu się. Magdar niezwłocznie zebrał całą drużynę -- wszyscy byli na szczęście albo w swych mieszkaniach, albo w miejscach pracy -- i za dwadzieścia pierwsza cała grupa wyruszyła w stronę Ministerstwa Handlu Imperium Megalos.
* * *
Dwa dni wcześniej wieczorem właściciel szynku "Pod Zdechłym Szczurem" przecierał brudny kufel jeszcze brudniejszą szmatą i przyglądał się ukradkowo swoim "gościom". Około czterdziestu kryminalistów -- karczmarz nie miał bowiem wątpliwości, co do ich profesji -- wypełniło szczelnie cały lokal, uprzednio wypędziwszy z niego tuzin osób. Karczmarz nie protestował, bo i jak sprzeciwiać się takiej bandzie? Większość zbójów kazała sobie nalać piwa, ale o dziwo, zapłacili za nie. A przecież nie musieli. Karczmarz i tak byłby bezradny. O tej porze do tego zakątka Dołów praktycznie nigdy nie zaglądała straż miejska. Zresztą, co czteroosobowy patrol zdziałałby przeciwko hordzie?
Niewesołe myśli ogarniały właściciela. Niby w kasie spoczywała teraz pokaźna liczba srebrników, ale co, jeśli bandytom zechcą urządzić burdę? Koszty naprawy zniszczeń wielokrotnie przewyższą dochód. A jeszcze gorzej -- jeśli zapłacili tylko dla żartu, bo mają zamiar mnie zamordować i odebrać swoje pieniędze? Karczmarz upewnił się po raz ósmy, że zasuwa tylnych drzwi znajdujących się za szynkiem jest odsunięta i można je otworzyć jednym pchnięciem ramienia.
Nie wszyscy bandyci siedzieli w głównej sali. Kilku z nich udało się do małego, oddzielnego pomieszczenia karczmy na naradę. Przewodniczył jej mężczyzna ubrany w ciemnozielony płaszcz. Kolorowe, jarmarczne szaty, które miał na sobie, gdy kilka tygodni temu spotkali go bohaterowie, były tylko jego ulubionym przebraniem. Herszt bandy przedstawiał zebrane informacje swoim kamratom. Mówił półgłosem. W jego oczach tliły się zimne iskierki.
-- ...ortimer. Pracuje w zakładzie płatnerskim Starego Gorgora, o tutaj -- puknął palcem w rozłożony przed nim plan Megalos. -- Mieszka w domu należącym do gildii niedaleko od śródmieścia.
-- Mortimer... Mortimer? Chyba nie z tych Mortimerów?
-- Zapewne właśnie z tych -- herszt skinął głową. -- Twardy orzech, ale jak wiecie, oni wszyscy...
-- Nie o to chodzi -- bandyta zamachał ręką. -- Bogaty ród. Po co od razu w czapę skurwiela? Jego akurat lepiej do wora, wysłać łapkę do rodziny i czekać na okup.
-- Pomyślimy, pomyślimy. Na razie mówię wam, czego się o nich dowiedziałem. Następny -- przywódca zerknął do notatek. -- O. Ciekawe indywiduum. Trochę dziwne, że znalazł się w takim gronie. Edward Elric. Naukowiec. Nie jakiś czubek-alchemik, ale poważny uczony zatrudniony na stołecznym uniwersytecie. Mieszka razem z rodziną na...
Narada przeciągnęła się do późna w nocy. Właściciel szynku nie mógł wiedzieć, o kim rozmawia Mezuk wraz ze swymi towarzyszami. Gdyby wiedział, zapewne chciałby ostrzec bohaterów. Niekoniecznie z dobroci serca, po prostu dlatego, że warto zaskarbiać sobie długi wdzięczności u ludzi ich pokroju.
Zresztą, nawet gdyby wiedział, i tak nie zdążyłby nic zrobić. Nie zdołał uciec w porę przez tylne drzwi. Kusza wystrzeliła z głębi sali. Bełt trafił go prosto w gardło. Upadł na brudną podłogę zalewając ją krwią. W jego uszy buchnął głośny śmiech bandytów. Spróbował się odczołgać, ukryć pod szynkiem i wtulić w deski niczym ranny, spanikowany zwierz. Ale i to nie było mu dane. Brutalnie wyciągnięto go na środek sali i zatłuczono krzesłami.
Rzeczywiście zapłacili tylko dla żartu.
* * *
W wielkim gabinecie Marcusa Rufusa panował przepych. Lokaje usadowili bohaterów w głębokich, obitych pluszem fotelach przed wykonanym z kości słoniowej biurkiem ministra handlu. Sam minister przechadzał się obok ogromnego okna wychodzącego na zatłoczone o tej porze dnia śródmieście stolicy. Palił cygaro, zdradzał oznaki zdenerwowania. Bohaterowie nie mieli czasu rozglądać się po szklanych gablotach pełnych niezwykłości z całego świata. Marcus Rufus bez wstępnych formalności przeszedł do rzeczy.
-- Będę się streszczał, bo cenna jest każda minuta. Jest dla was robota i jeśli chcecie żyć ze mną w zgodzie, nie mówcie mi, że macie inne plany w agendzie. Do Megalos przyjechali kupcy z Sahudu. Co? Gdzie to jest? Nieważne gdzie jest -- zirytował się Marcus. -- Taka kraina za morzem, Sahud. Ważne, że przyjechali. Ważne, że to grube ryby trudniące się handlem jedwabiem. Ojciec i syn. Rohito Shimota, Rohito Najimatsu. Mieli wziąć udział w spotkaniu handlowym z udziałem przedstawicieli rządu. Gdyby wszyscy doszli do porozumienia i gdyby podpisano wszystkie umowy, byłaby to złota żyła. I dla kupców, i dla nas, to jest dla Megalos. Cła i podatki, rozumiecie.
-- Jest jednak spory problem. Narada nie może się odbyć, bo ktoś chce zakatrupić Rohitów. Prawie na pewno Syndykat. Jeśli podpiszemy z nimi te umowy, Syndykat straci kupę forsę. Wiecie, oni przywożą ogromne ilości jedwabiu na lewo. Dostawa oficjalnymi kanałami poważnie nadwyręży ich budżet.
-- Syndykat nie tylko chce ich zakatrupić. Syndykat lada dzień ich prawdopodobnie zakatrupi. Chłopaki są diablo skuteczni, jeśli im na czymś zależy. Rohitowie przybyli tu ze swoją dość liczną i dobrze wyszkoloną ochroną wczoraj rano. Parę kilometrów przed miastem zostali zaatakowani. Grupa uderzeniowa Syndykatu wyrżnęła wszystkich goryli. Rohitowie i czterech służących przeżyli tylko cudem. Niemalże w ostatniej chwili pospieszył im na pomoc oddział Legionistów wędrujący akurat w pobliżu.
-- Wpakowaliśmy Rohitów do Kryształowego Hotelu, daliśmy im solidną obstawę. Są tam bezpieczni. Chyba. Problem w tym, że nie mogą wyściubiać stamtąd nosów, nie mówiąc już o udaniu się na spotkanie. Sami wiecie. Snajperów z kuszami można ustawić na każdym dachu, na każdym rogu. A jeśli będzie im wszędzie towarzyszyła duża ilość naszych ludzi, zawsze istnieje szansa, że jeden z nich zostanie przekupiony przez Syndykat.
-- Wasze zadanie przedstawia się tak. Udacie się do Kryształowego. Teraz, niezwłocznie. Dam wam glejty, ochrona was przepuści. Wyprowadzicie Rohitów jakimś tylnym wejściem. Najlepiej, gdyby nie widział tego żaden z moich ludzi. Przeprowadzicie ich zaułkami na Wschodni Plac. Za magazynami czekają trzy powozy z woźnicami. Pojedziecie nimi wszyscy razem do Hidelban. Co...? Tak, wiem, że daleko. Jak by było blisko, sam bym tam z nimi poszedł. Pojedziecie z nimi do Hidelban, przeprowadzicie ich zaułkami do ratusza i skontaktujecie się z Mathausem Ludgarem. On będzie wiedział, co dalej robić. Jeśli da wam dalsze instrukcje, macie je wykonać. Jeśli nie, wracajcie do Megalos albo pozwiedzajcie sobie Hidelban.
-- Co? Dlaczego ufam wam? Kilka powodów. Według moich agentów, nigdy nie pracowaliście dla Syndykatu i nie jesteście z nimi w żaden sposób związani. To po pierwsze. Po drugie, macie niezłą reputację jako najemnicy. To rzadkość. Po trzecie, macie udać się do Kryształowego natychmiast, więc nie będziecie mieli czasu z nikim się skontaktować. Jeśli dowiem się, że nie pojawiliście się tam w przeciągu pół godziny, rozwieszę po całym mieście listy gończe z waszymi podobiznami. Nie żartuję. Więc się nie ociągajcie po drodze. A po czwarte... Po czwarte żołnierze zarabiają gorzej niż dobrzy najmenicy. Więc są bardziej podatni na korupcję.
-- Jazda, jazda, nie mamy czasu. Tutaj są glejty i wszystkie dokumenty. Ruszajcie natychmiast. Tak jak stoicie. Broń macie? To dobrze. Żywność na drogę jest już w powozach.
-- Co...? Wynagrodzenie? Nie denerwujcie mnie. Działacie dla ojczyzny. Nie bądźcie tacy chciwi. O zapłacie pogadamy później. Dowieźcie mi tylko Rohitów w jednym kawałku do ratusza hidelbańskiego, to was ozłocę. W jednym kawałku. W razie czego zasłaniać włąsną piersią -- Marcus pogroził palcem, gdy drużyna spiesznym krokiem opuszczała gabinet.