Alfred wyciągnął swój ulubiony sztylet z serca odwróconego uprzednio na plecy Shimoty. Wszystko wskazywało na to, że już bełt pozbawił kupca życia, ale Alfred był jednym z najlepszych zabójców na usługach Syndykatu właśnie dlatego, że nigdy nie pozostawiał niczego przypadkowi. Zerknął w stronę trupa młodszego Rohity. Akurat co do niego mógł mieć całkowitą pewność, gdyż głowa młodzieńca leżała kilka metrów dalej. Alfred naciągnął kaptur chroniąc swe siwiejące włosy przed deszczem i rozejrzał się po dachu kamienicy. Jego ludzie ułożyli spalone ciała poległych współpracowników w stos i polewali je obficie olejem. "Ciekawe, czy uda im się rozniecić płomień", pomyślał Alfred spoglądając posępnie na niebo zasnute brunatno-ołowianymi chmurami. "Przynajmniej budynek się nie sfajczy. A nawet jeśli...". Kilku najemników pilnowało klatki schodowej i skutecznie zaganiało do mieszkań ciekawskich, którzy chcieli sprawdzić, co to za ludzie są na dachu ich domu i co tam robią.
- Panie Alfredzie... - jeden z podwładnych zbliżył się do dowódcy. - Co to właściwie za psychole? Przecież tego jednego sami zarąbali, bez dwóch zdań.
Alfred wzruszył ramionami nic nie odpowiadając.
- Więc wracamy? - zapytał najemnik.
- Nie. Chcę go mieć - Alfred spojrzał spode łba na północ.
Mężczyzna w mig zorientował się, o kogo chodzi. Skrzywieniem twarzy wyraził swoją dezapobratę.
- Po co? To przecież nic osobistego. Jeśli będziemy się za nimi teraz uganiać, zjara nas znowu. Chyba z dziesiątkę ludzi straciliśmy dzisiaj przez tego skurwiela.
- Sami nie będziemy się za nim uganiać - wycedził wolno Alfred. - Sprowadź mi Tevkę.
- Te... Tevkę? - zająknął się najemnik. - Tevka to psychol...
- Ale to nie jest zemsta, więc Tevka niech najpierw spróbuje go zrekrutować - kontynuował spokojnie Alfred. Jego słowa zagłuszył na krótką chwilę huk pioruna uderzającego w ulicę kilkaset metrów dalej. - Jeśli mag powie, że się zgadza, to w porządku. Ale w przeciwnym razie...
- Ja rozumiem, o co chodzi - jęknął mężczyzna. - Ale nadal mówię, że Tevka to psychol.
- Nie powiedziałem, że się z tym nie zgadzam - uśmiechnął się Alfred zaciśniętymi ustami. - Ale ten czarodziej jest niebezpieczny. Nie może szaleć po ulicach, trzeba mu założyć wędzidło, albo go... uśpić.
- A jego kumple?
- To jakieś pajace - machnął lekceważąco ręką Alfred. - Niech Tevko ich szybko zlikwiduje, jeśli staną mu na drodze. Ale maga... maga niech bierze żywcem i weźmie go na spytki.
- Zrozumiałem. W bazie powinni już mieć ich dane - mruknął najemnik i oddalił się.
Kolejny piorun uderzył bliżej, ale Alfred stanął tylko na krawędzi dachu i odetchnął głęboko odświeżonym przez ulewny deszcz stołecznym powietrzem. Było niewiele rzeczy, których się bał. Burze z pewnością nie znajdowały się na tej liście.