Na dworze hulał wiatr.
Ojciec Estez ukucnął naprzeciwko sześciolatka i wpatrywał się uważnie w małą twarzyczkę. Dziecko z zaciętą miną spoglądało gdzieś w bok. Zza ściany dobiegał wesoły gwar. Gabinet sąsiadował z salą jadalną — dzieci z przytułku spożywały właśnie wspólny obiad.
— Jak się nazywasz? — spytał ponownie duchowny. Znał imię chłopca, lecz chciał nawiązać z nim rozmowę, pozyskać jego zaufanie. Sześciolatek uparcie milczał i w ogóle nie patrzył na Esteza.
— Mówili przecież, ojcze, że trudno się z nim dogadać — mruknął diakon. Odprowadził rodziców chłopca do bramy i przed chwilą wrócił. — Że mało rozumny. A jeśli zdaje sobie mniej więcej sprawę z tego, dokąd trafił, to tym gorzej.
Estez wyprostował się, spojrzał zamyślony przez okno na wirujące płatki śniegu.
— To źli ludzie... — rzekł cicho. — Co z nich za chrześcijanie? Wiele lat tu pracuję, ale okrutniejszego wyjaśnienia jeszcze nie słyszałem...
— A przecież majętni — przytaknął skwapliwie diakon. — I niby pobożni, prawie w każdą niedzielę do kościoła przyjeżdżają.
— Na moich mszach nie będę więcej mile widziani — odparł twardo Estez. — Zaprowadź chłopaka do pokoju, daj mu jakieś zajęcie... Poczekaj...
Duchowny otworzył szufladę biurka, pogrzebał w niej przez chwilę, aż wreszcie wyciągnął mały krzyżyk na metalowym łańcuszku. Zawiesił go na szyi dziecka.
— Bóg jest z tobą — szepnął.
— Chodźmy, synu — diakon otworzył drzwi. Chłopak posłusznie podniósł niewielki worek ze swymi rzeczami i wyszedł.
* * *
Maj 1986Ciężki, srebrny krzyż obijał się o pierś Zarzira Acuma, gdy ten szybko i sprawnie pakował swój niewielki dobytek do płóciennej torby. Powiedziano mu, że jego zachowanie wobec nowicjuszy jest niedopuszczalne. Powiedziano mu, że nie dostanie drugiej szansy. Powiedziano mu, że ma opuścić małą celę, w której mieszkał przez ostatnie trzy lata, i ruszać w świat.
Zarzir zacisnął ze złością zęby. Głupcy! Niczego nie rozumieli! W tym klasztorze szkolono żołnierzy Chrystusowych! Szkolono ludzi, którzy po kilku latach mieli ruszać w świat, by szerzyć Słowo Pańskie, zaprowadzać sprawiedliwość bożą i zwalczać muzułmańską plagę. Pobłażliwość wobec nowicjuszy byłaby ciężkim grzechem. Tylko surowa, bezwględna dyscyplina mogła dać odpowiednie rezultaty. Tylko ogień hartuje stal.
Tamten chłopak nie rozumiał swojej roli. Co gorsza — on jej nie chciał zrozumieć. Swym lenistwem i ignorancją nie tylko marnował czas Zarzira, ale także źle wpływał na pozostałych uczniów, na swych kolegów. Zasługiwał więc na surową karę. A proboszcz, zamiast ją zaaprobować, ukarał nauczyciela! Ukarał Zarzira!
Acum ściągnął torbę rzemieniem i przewiesił przez plecy pochwy z mieczami. Był gotów do drogi. Wyciągnął z zanadrza skrzętnie przechowywany kawałek pergaminu i po raz setny odczytał zawartą na nim wiadomość, choć znał już ją na pamięć.
Wiedział, dokąd się uda. Właściwie wydalenie ze szkoły klasztornej było mu całkiem na rękę. I tak wkrótce by zrezygnował z posady instruktora. Przez ostatnie lata zaoszczędził sporo grosza. Zdobycie informacji, której szukał przez całe dorosłe życie, nadwerężyło jego finanse. Ale w końcu udało się. Miał ją teraz przed sobą, na tym niepozornym skrawku pergaminu.
Najwyższa pora, by wyruszyć w drogę.
Nawyższa pora, by rozliczyć się z przeszłością.
* * *
Wrzesień 1989Wiktor Lemene był jedną z nielicznych osób obecnych na pogrzebie Edwarda Elrica. Profesor w głębokiej zadumie patrzył, jak ksiądz zmawia ostatnią modlitwę, jak grabarze opuszczają trumnę do grobu, jak na drewnianą, prostą skrzynię spadają pierwsze grudy brunatnej, wilgotnej ziemi.
Deszcz nie padał od dwóch dni, ale słońce ani razu nie wyjrzało zza skłębionych, szarych chmur. Mimo ponurej aury w stolicy panowała atmosfera podniecenia. Na krucjatę przeciwko al-Wazif wyruszały właśnie pierwsze pułki imperialne. Handlarze zacierali ręce — rząd podwoił skup żywności i żelaza. Fakt wypowiedzenia nowej wojny przeciwko muzułmanom był na ustach wszystkich: młodych i starych, biednych i bogatych.
Jednak na cmentarz położony tuż za murami stolicy miejski zgiełk nie miał wstępu. Wiatr leniwie obrywał liście z łagodnie kołyszących się wśród grobów drzew. Lemene raz jeszcze rozejrzał się ukradkiem po zebranych. Kilku wspólnych kolegów z Uniwersytetu — pozdrowił ich wcześniej skinieniem głowy. Kilku studentów Elrica. Parę nieznanych profesorowi osób — zapewne dalsza rodzina Edwarda. Wiktor westchnął. Co za tragedia. W ciągu jednego dnia żona i dzieci giną w pożarze kamienicy, a ojciec kilka godzin później popełnia samobójstwo.
Lemene był zbyt inteligentnym i zbyt doświadczonym człowiekiem, by nie mieć żadnych podejrzeń. Wręcz przeciwnie. Nie ulegało wątpliwości, że ze śmiercią Elrików wiązała się zagadka. Po pierwsze, pożar kamienicy. Stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że jego przyczyną było podpalenie. Sprawców jednak jak dotąd nie zidentyfikowano. Nic dziwnego — po zabójstwie ministra handlu straż miejska koncentrowała swe wysiłki na zapewnieniu dodatkowej ochrony dignitarzom, nie na prowadzeniu śledztwa w sprawie zabójstwa rodziny jakiegoś doktoranta.
Po drugie: śmierć Elrica. Ciało Edwarda odnieśli do miejskiej kostnicy jego przyjaciele, Szpony. Lemene na własne oczy widział papiery podpisane przez Thomasa Abardena. Profesor oczywiście próbował skontaktować się ze Szponami, lecz najemnicy przepadli jak kamień w wodę. Magdar Mortimer i Anor nie pojawiali się od tygodnia w pracy. Pozostali również byli nieuchwytni. Lemene odwiedził Flika Cornwella, ale miast odpowiedzi pojawiły się tylko nowe pytania. Tamtego pamiętnego dnia Szpony przyprowadziły do Cornwella jakichś obcokrajowców — Elric był wtedy jeszcze żywy. Doszło do bójki w mieszkaniu Flika. Emerytowany żołnierz wyrzucił wszystkich ze swego domu. Podobno potem na klatce schodowej wybuchł głośny jazgot, a następnego dnia na dachu kamienicy odkryto kilka zwęglonych ciał.
Ale nie na tym kończyły się zagadkowe wydarzenia 20 września 1989 roku. Tego samego dnia doszło do — słynnego już pewno na pół kraju — Incydentu w Dzielnicy Wschodniej. Takim mianem określono pojawienie się tam potężnego żywiołaka ognia, który poczynił wielkie spustoszenia w zabudowie miejskiej i uśmiercił wielu ludzi zanim magom udało się go powstrzymać. Oficjalne oświadczenie głosiło, że za przywołanie potwora odpowiadają nekromanci z al-Wazif.
Lemene otrząsnął się z zamyślenia. Ceremonia pogrzebowa dobiegła końca, uczestnicy się rozchodzili. Profesor zbliżył się do płyty nagrobnej. EDWARD ELRIC. KOCHAJĄCY MĄŻ I OJCIEC. 1955-1989. Za parę tygodni, gdy oficjałowie zakończą śledztwo w sprawie pożaru, odbędzie się symboliczny pogrzeb żony i dzieci, a na nagrobku pojawią się trzy nowe imiona.
Lemene zapalił znicz i szybkim krokiem opuścił cmentarz. Przyszła mu do głowy bardzo niepokojąca myśl. Irracjonalna, ale przez to tym bardziej natarczywa. Powinien był wcześniej porozmawiać z Elrikiem na temat jego pracy doktorskiej.
Wiktor Lemene udał się na Uniwersytet Yrthiański. Gabinet Edwarda mieścił się w ustronnym zakątku wschodniego skrzydła Fakultetu Sztuk Wyzwolonych, na trzecim piętrze. Zbliżał się wieczór. O tej porze w wielkim budynku przebywało niewielu pracowników. Lemene nacisnął klamkę. Zamknięte, oczywiście. Profesor nie miał klucza. Po długim, kilkuminutowym wahaniu podjął decyzję. Rozejrzał się, czy w pobliżu nikogo nie ma, po czym dwoma uderzeniami barku wyważył drzwi. Wszedł szybko do środka i przymknął drzwi na tyle, na ile pozwalała na to uszkodzona framuga. Musiał się spieszyć. Nikt nie mógł go tutaj zastać. Na szczęście wiedział doskonale, czego szuka.
Godzinę później Lemene znalazł się w zaciszu własnego gabinetu w swym eleganckim domu. Zdjął płaszcz, położył na blacie biurka niegruby manuskrypt, usiadł i zabrał się za lekturę.
Zajęła mu niewiele ponad trzydzieści minut.
Trzydzieści minut, w ciągu których Wiktor Lemene postarzał się o pięć lat.
Na dworze zapadła noc, świece się wypaliły, a profesor wciąż wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w ostatnią stronę manuskryptu, gdzie Elric eleganckim, zamaszystym pismem nakreślił nagłówek "Konkluzja".
Owszem, hipoteza — nie, teoria! — Elrica nie stanowiła w zasadzie wielkiej nowości. Niemniej sposób przedstawienia dowodów, ich matematyczna ścisłość i bezpośredniość konkluzji były bezprecedensowe. Gdyby praca ujrzała światło dzienne — Lemene aż się wzdrygnął na tę myśl — byłaby bez wątpienia kroplą przelewającą czarę. Czarę czego? Prawdy? Przyszłości? A może po prostu — końca?
Profesor przesiedział noc w ciemności przy biurku. Nigdy wcześniej w swym życiu nie myślał tak intensywnie. Gdy nadszedł świt, wiedział już, co musi zrobić. Na prostokątnej, szarej kopercie napisał dużymi literami adres. Włożył manuskrypt do środka i zapieczętował. Przez służącą wezwał gońca. Chłopak był oczywiście niepiśmienny, więc Lemene musiał mu powiedzieć, dokąd ma dostarczyć przesyłkę. Posłaniec zapewne się zdziwił, ale nie dał tego po sobie poznać. Profesor wręczył mu dwa dukaty i nakazał pośpiech.
Gdy goniec zniknął, Lemene głęboko odetchnął. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Ale jednocześnie popełnił niewybaczalny grzech. Grzech przed nauką. Grzech przed Elrikiem. Grzech przed sobą samym.
Mógł go odkupić tylko w jeden sposób.
Trupa profesora Wiktora Lemene znaleziono wczesnym popołudniem. Nie pozostawił listu pożegnalnego.
* * *
Styczeń 1990Hak Thomasa Abardena leżał na parapecie i połyskiwał łagodnie w świetle księżyca.
Dethan znów zmagał się z bezsennością. "Zmagał się" nie było zapewne najwłaściwszym określeniem. Bezsenność wysysała z niego siły życiowe od przeszło dwóch tygodni. Od chwili, w której przestał się łudzić.
Początkowo przypuszczał, że jest w stanie szoku i że zdolności powrócą w przeciągu kilkunastu dni. Czuł przecież wtedy, na targowisku, jak moc uchodzi z niego niczym powietrze, by powrócić kilka minut później, gdy Thomas uśmiercił Therona, poświęcając tym samym własne życie. A może tylko wydawało mu się, że czuł cokolwiek...? Gdy zniesiono blokadę stolicy, bardzo osłabiony Dethan wraz z towarzyszami opuścił Megalos i schronił się w Hidelban. W ciągu paru tygodni odzyskał siły i zdrowie fizyczne. Minął październik i listopad, ale moc nie powróciła. W końcu grudnia, gdy nadal nie był w stanie rzucić najprostszego zaklęcia, Dethan uświadomił sobie okrutną prawdę — magia opuściła go na zawsze.
"By posiąść moc, trzeba mieć najpierw na nią miejsce", powiedział kiedyś jego mistrz. "Pustkę do wypełnienia. I im większa pustka, tym więcej mocy może ją wypełnić. Lecz jeśli nigdy nie zdobędzie się mocy bądź jeśli zostanie ona zabrana, pustka nadal tam będzie".
Teraz pustka pożerała Dethana żywcem.
Tej nocy po raz pierwszy zastanowił się, jak właściwie ma wyglądać jego dalsze życie.
Księżyc schował się za zbitymi chmurami i mrok pożarł świat.