Gabinet doktora Feyerabenda zajmował przestronne pomieszczenie na najwyższym piętrze jednego z gmachów Ogrodu Różanego. Wielkie okna wychodziły na północ, więc ulice Megalos były stąd niewidoczne. Feyerabendowi nigdy to nie przeszkadzało. Pagórkowate, wiejskie tereny rozciągające się za stołecznym murem były milsze dla jego oczu aniżeli miejski rozgardiasz przypominający zazwyczaj kolosalne mrowisko.
Gabinet urządzono schludnie, lecz skromnie. Duże, dębowe biurko z wygodnym krzesłem o rzeźbionych poręczach. Przed biurkiem drugie, identyczne krzesło przeznaczone dla petentów. Na jednej ze ścian portrety poprzedników; wśród nich ciężki, żelazny krzyż. Pod drugą ścianą wielki, stary regał, którego szuflady i szafki wzmocniono metalem — w środku dr Feyerabend trzymał większość akt i dokumentów. Niestety, regał nie był dostatecznie bezpiecznym schowkiem dla rękopisu dostarczonego dwadzieścia cztery godziny temu przez posłańca. Podobnie jak każde inne miejsce na świecie. Dlatego manuskrypt leżał po prostu na blacie biurka tuż przed doktorem. Feyerabend powoli przebierał palcami po karcie tytułowej. U góry widniało nazwisko autora. Edward Elric. Poniżej — tytuł.
Dr Abraham Feyerabend obchodził dwa miesiące temu sześćdziesiąte drugie urodziny, lecz tężyzna fizyczna sprawiała, że wyglądał na jakieś dziesięć lat mniej. W zasadzie jego wiek zdradzić mogły tylko siwe, krótko ostrzyżone i rzedniejące włosy oraz siwa, starannie utrzymana broda. Z pewnością nie spojrzenie — bystre, czujne, surowe. Na podstawie wyglądu równie trudno było określić zajmowaną przez niego funkcję. Mały, złoty krzyżyk na piersi zdradzał przynależność do stanu duchownego. Nic więcej.
W swojej przeszło trzydziestoletniej karierze urzędnika kościelnego dr Feyerabend nigdy nie stanął w obliczu sytuacji tak dramatycznej. Żaden z jego poprzedników też nie. Większość ludzi niewątpliwie czułaby się przytłoczona tą świadomością, lecz dr Feyerabend nie był osobą, która obawiała się wyzwań lub odpowiedzialności. Nie wybrano go do sprawowania obecnej funkcji dzięki znajomościom. Do pełnienia tej funkcji nigdy nie wybierano nikogo w ramach wewnątrzkościelnych układów. Liczył się tylko niezłomny charakter. A o brak niezłomnego charakteru nikt o zdrowych zmysłach nie mógł doktora podejrzewać. Zresztą motto rodu Feyerabendów nie bez powodu od pokoleń brzmiało Graviora manent.
Z zamyślenia wyrwało duchownego zdecydowane pukanie.
— Wejść!
Do kancelarii wmaszerował młody zakonnik w reprezentatywnym rynsztunku templariuszy. Starannie zamknął za sobą drzwi, stanął na baczność przed Feyerabendem, zasalutował. Doktor machnął w odpowiedzi niedbale ręką i spojrzał wyczekująco na mężczyznę. Właściwie to jeszcze chłopaka. Znał go bardzo dobrze. Bernard Lubov. Dwudziestodwuletni adiutant Jardena Wolfganga, Wielkiego Mistrza Zakonu. W tego typu sprawach oficjum zawsze zwracało się z prośbą o wsparcie — czy może raczej z rozkazem wsparcia — do templariuszy.
Lubov zaczerpnął powietrza i zaczął raportować:
— Panie, od wczorajszego wieczoru trwa szeroko zakrojone śledztwo. Zdążyliśmy ustalić ponad wszelką wątpliwość, że Elric rzeczywiście zginął. Śmierć nie była sfingowana. Staramy się dotrzeć nie tylko do wszystkich krewnych i znajomych denata, ale w ogóle do wszystkich ludzi z jego kręgu. Kilka osób już aresztowano. Trwają wstępne przesłuchania.
— Nadawca?
— Nie żyje. Samobójstwo.
Feyerabend starannie ukrył zaskoczenie. Przemyśli ten fakt potem.
— Szpony?
— Tak jest. Potwierdzono. To bardzo ważna opcja. Najemnicy zostaną rychło zatrzymani. Chwilowo nie możemy ich znaleźć, ale prawdopodobnie nie opuścili jeszcze miasta.
Doktor pokręcił z dezaprobatą głową.
— Jeżeli są zamieszani w sprawę, to prawie na pewno opuścili.
Templariusz, wyprężony na baczność, nic nie odpowiedział.
— W porządku. Informuj mnie na bieżąco o rozwoju sytuacji. I pamiętaj, powtarzam to po raz kolejny: Sprawa jest absolutnie najwyższej wagi. Czy jesteś w stanie to zrozumieć bez poznawania szczegółów?
— Tak jest.
— Dopilnuj więc, by wszyscy pozostali zaangażowani w śledztwo również to zrozumieli.
— Tak jest. Ale... gdy dotrzemy do konkretnych podejrzanych, szczegóły będą niezbędne, by wiedzieć, o co ich pytać.
— Wszystko w swoim czasie. Odmaszerować.
Bernard Lubov zasalutował i opuścił kancelarię.
Doktor Abraham Feyerabend, trzecia najpotężniejsza osoba w Kościele, prefekt Świętego Oficjum Kongregacji Nauki Wiary — czasem zwanego po prostu Świętą Inkwizycją — raz jeszcze zabrał się za dogłębne analizowanie całej sytuacji. Wiedział bardzo dobrze, że nawet jeśli templariusze spiszą się bez zarzutu, operacja zakończy się sromotnym fiaskiem, jeśli on przeoczy jakiś istotny element.