Tydzień później doktor Feyerabend wędrował za Lubovem długim, klaustrofobicznie wąskim korytarzem biegnącym pod gmachem zajmowanym przez Święte Oficjum. Mały pochód zamykał barczysty mężczyzna o ponurym wyrazie twarzy. On jedyny z całej trójki był uzbrojony — niósł przy pasie ciężki buzdygan. Feyerabend nie obawiał się co prawda niczego ze strony więźnia; choćby dlatego, że w celi poza przesłuchującym znajdowało się przynajmniej dwóch strażników. Prefekt mimo wszystko zabrał Christiana ze sobą, bo przecież na tym właśnie polegała jego funkcja. A Christian pełnił ją bardzo długo — przydzielono go Feyerabendowi wiele lat temu, gdy nie był jeszcze prefektem, lecz naczelnikiem placówki Oficjum w Nowej Jerozolimie. Doktor przygryzł wargę. Tamten etap jego kariery miał upokarzający finał. W siedemdziesiątym ósmym na granicy z al-Wazif w ich sidła wpadła grupa arabskich nekromantów. Feyerabend osobiście kierował przesłuchaniami. Niestety, popełnił karygodne zaniedbanie wskutek którego jednemu z czarowników, Mukhtarowi Mehdi — doktor wiedział, że będzie pamiętał to nazwisko po kres swoich dni — udało się zbiec. Feyerabenda zdegradowano i odesłano do stolicy. Miał wiele szczęścia, że w ciągu kolejnej dekady ta największa — ale zarazem jedyna — przewina poszła częściowo w zapomnienie i że po śmierci Calmera nowym prefektem obrano właśnie jego.
Jękliwy okrzyk bólu wyrwał doktora z zamyślenia. Dotarli do celi. Drzwi nie były zaryglowane. Lubov otworzył je i Feyerabend wszedł do środka. Coś zachlupotało mu pod nogami. Odruchowo spojrzał na posadzkę — krew zmieszana z wodą, którą co kilkanaście minut cucono przesłuchiwanego. Doktor Feyerabend przeczytał jego akta jeszcze w swoim biurze. Flik Cornwell. Emerytowany kapitan Legionów Imperialnych. Trzydzieści lat nieskazitelnej służby. Bliski przyjaciel Rolanda Abardena i przyszywany wuj Thomasa Abardena. Podejrzany o współpracę ze Szponami. Ustalono ponad wszelką wątpliwość, że tamtego feralnego dnia najemnicy odwiedzili Cornwella w jego mieszkaniu w Megalos. Towarzyszyli im dwaj zamorscy kupcy — ich związek z całą sprawą przedstawiał się cokolwiek mgliście. Wszystko wskazywało jednak na to, że Cornwell, nawet jeśli rzeczywiście nie miał pojęcia na temat rękopisu Elrica, musiał wiedzieć dokąd uciekły ze stolicy pozostałe Szpony.
Problem polegał na tym, że mijała właśnie sześćdziesiąta godzina przesłuchań, a z więźnia nie wyciągnięto dosłownie żadnej nowej informacji. Z jednej strony nikogo nie powinno dziwić, że weteran nie daje się łatwo złamać. Z drugiej strony...
Feyerabend nachylił się nad skrwawionym strzępem człowieka przywiązanym w pozycji półleżącej do stalowego krzesła. Sądząc po stanie więźnia, przesłuchujący spisali się bez zarzutu. Doktor doskonale wiedział, że na tym polu nie zdziała więcej od nich. Zważywszy na niekorzystny rozwój sytuacji, postanowił jednak osobiście zajrzeć do lochów. W chwilach takich jak ta żałował, że w szeregach Oficjum nie znajduje się ani jeden czarodziej dostatecznie uzdolniony w dziedzinie magii sondowania umysłu. Rzecz jasna, proszenie Gildię Magów o asystę nie wchodziło w grę.
— Powiedz nam, co wiesz — powiedział łagodnie doktor Feyerabend nachylając się nad więźniem. — Nie musisz ich kryć. Powiedz nam tylko, dokąd pojechali.
Skatowany Cornwell otworzył usta i wybełkotał coś niezrozumiałego w odpowiedzi. Feyerabend poczuł nie dający się pomylić z niczym innym smród strachu, ale nie zrozumiał ani słowa. Wyprostował się, machnął ręką i zwrócił do przesłuchującego:
— Zgodnie z procedurą.
Doktor odwrócił się i ruszył ku wyjściu. Usłyszał, jak pod butem zazgrzytały mu wyrwane zęby. Lubov zamknął za nimi drzwi i natychmiast z pomieszczenia znów dobiegł ich słaby jęk Cornwella.
Wielu duchownych potępiało tortury. Owszem, był to środek ostateczny, ale nie aż tak okrutny i nieludzki, jak wiele osób sądziło. Według standardowej procedury przesłuchania trwały do czasu wydobycia z więźnia informacji, ale nie dłużej niż trzy doby — specjaliści uznali, że jeśli przesłuchiwany naprawdę stara się coś ukryć, nie zdoła wytrwać dłużej. Na przedłużenie regulaminowego czasu decydowano się bardzo rzadko — sedno sprawy sprowadzało się natomiast do tego, że po zakończeniu przesłuchania więźnia likwidowano. Jeśli był niewinny — cóż znaczą trzy doby ziemskich cierpień w obliczu wiecznej, rajskiej szczęśliwości, którą dobry Bóg wynagrodzi nieszcześnika? A jeśli to podejrzenia Oficjum były słuszne, męczarnie przesłuchań były tylko nieśmiałym wstępem do piekielnej kaźni.
Tak... Zadziwiające, jak mało ludzi chciało spojrzeć na zagadnienie w ten — właściwy przecież — sposób.