Świat za oknem objęła we władanie zima. Doktor Feyerabend tęsknił za swoim przytulnym i ciepłym biurem w Ogrodzie Różanym. Przydzielono mu oczywiście najwygodniejsze pomieszczenie w całym klasztorze, ale klasztory zwykły być przewiewne i opactwo św. Jakuba położone na przedmieściach Hidelban nie stanowiło tu wyjątku. Zresztą, prefekt był poniekąd sam sobie winien, ponieważ zażądał pokoju z oknem. Z drugiej strony, gnieżdżenie się w cieplejszej, ale dużo mniejszej celi położonej gdzieś wewnątrz budynku również nie wydawało się atrakcyjnym rozwiązaniem. Doktor Feyerabend spojrzał z wyrzutem na niedający ciepła ogień płonący na palenisku, roztarł zmarznięte ręce i pochylił się nad najświeższymi sprawozdaniami. Manuskrypt Elrica jak zwykle leżał tuż obok, w zasięgu ręki.
Dużo, zbyt dużo czasu zajęło im podjęcie tropu. Bardzo źle świadczyło to o możliwościach siatki wywiadowczej Kongregacji. Feyerabend doskonale wiedział, czym się zajmie, gdy bieżąca sprawa zostanie zakończona — gruntowną przebudową struktury agenturalnej.
Bogiem a prawdą, Szpony mistrzowsko zatarły po sobie wszelkie ślady. Dopiero z początkiem kalendarzowej zimy ludzie Feyerabenda donieśli, że widziano ich niedawno w Hidelban. Na miejscu szybko ustalono dwie rzeczy. Po pierwsze, najemnicy przybyli tu na początku października, a więc zaraz po ucieczce z Megalos. Najwyraźniej umiejętnie się przyczaili, skoro ich obecność w mieście odkryto nie wcześniej niż po kilku miesiącach. Po drugie, Szponów w Hidelban nie było już od przynajmniej tygodnia. Obecnie cały zespół Feyerabenda zajęty był zbieraniem w okolicy informacji na ich temat.
Parę godzin później ktoś zapukał energicznie do drzwi prowizorycznego gabinetu i nie czekając na odpowiedź, wpadł do środka. Zziajany Lubov, w ośnieżonym kożuchu, zasalutował szybko i nie przybierając nawet postawy na baczność, wydyszał:
— Panie...! Mamy...! Do Nowej Jerozolimy... Szpony wyruszyły do Nowej Jerozolimy. Stuprocentową pewność powinniśmy mieć... jeszcze dziś wieczorem.
Feyerabend wskazał mu krzesło i wyczerpany Lubov natychmiast na nim usiadł.
— Kiedy?
— Tego dokładnie... dokładnie nie wiemy. Pomiędzy pierwszym a dziesiątym stycznia.
Feyerabend potarł skroń. A więc najemnicy mieli nad nimi w najgorszym razie dziesięć dni przewagi. Nowa Jerozolima... Cel podróży doskonale zgadzał się z hipotezą Feyerabenda. Nie ma co zwlekać. Doktor podniósł się zza biurka i zaczął pospiesznie zgarniać rozrzucone po blacie dokumenty. Tylko rękopis Elrica włożył starannie najpierw do skórzanego futerału, a potem do bocznej przegrody torby.
— Panie...? — Bernard Lubov nie wiedział, czy również powinien wstać.
— Wyruszamy natychmiast. Zbierz ludzi. — Na te słowa Lubov zerwał się na równe nogi.
— Panie, nie mamy jesz...
— Ja mam pewność. Zbierz ludzi. Za dwie godziny wszyscy mają być gotowi do drogi. Dzisiaj przed zmierzchem ujedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów. Aha. Przyślij do mnie jakiegoś zaufanego i odpowiedzialnego człowieka. Przodem do Nowej Jerozolimy pchniemy posłańca.
— Tak jest! — Lubov wybiegł z pokoju, zostawiając na posadzce śnieżno-błotniste ślady.
Feyerabend ściągnął rzemieniem wypchaną papierami torbę i wyjrzał w zamyśleniu przez okno na zaśnieżony dziedziniec. Widział, jak Lubov wyłonił się z bocznego wyjścia i zniknął za rogiem magazynów nieopodal stajni.
A więc przypuszczenia doktora potwierdziły się. Szpony razem z odpisem manuskryptu Elrica podążały w kierunku al-Wazif. Na granicy trwała co prawda wojna, ale najemnicy z pewnością obmyślili sposób na bezpieczne przedostanie się na terytorium wroga. Pragnęli bowiem przekazać pracę zmarłego — niech piekło pochłonie jego duszę! — arabskim uczonym. Wiedzieli doskonale, że wywrotowa idea przedstawiona skrupulatnie przez Elrica na kartach bluźnierczego rękopisu błyskawicznie rozpowszechni się po całym kontynencie za pośrednictwem islamskiego środowiska naukowego. Co innego, gdyby kopia trafiła w ręce jakiegoś chrześcijańskiego badacza. Wtedy ryzyko byłoby znacznie mniejsze. Nie tylko dlatego, że badacz ów mógłby okazać się człowiekiem pokroju Wiktora Lemene, ale również dlatego, że środowisko uniwersyteckie w Megalos było infiltrowane przez Kongregację Nauki Wiary. Nieszczęścia dałoby się uniknąć.
Ale Feyerabend był pewien, że i tak zdoła zapobiec katastrofie. Wiedział, że jeśli tylko nie straci wiary, to Bóg w decydującej chwili go nie opuści. Wiedział, że dopadną najemników gdzieś na trakcie wiodącym do Nowej Jerozolimy i odbiorą im kopię. Jeśli konfrontacja nastąpi niepodal granicy, Szpony zostaną następnie zabrane do lochów Adragas-Gaud. Tam Feyerabend dowie się, ile jeszcze odpisów istnieje i ile jeszcze osób zamieszanych jest w całą sprawę. A potem najemnicy zostaną zlikwidowani, zarzewie herezji bezlitośnie zgniecione, a oryginał i wszystkie kopie spalone. Tak się właśnie stanie.
Doktora Feyerabenda niepokoił tylko jeden fakt. Nie rozumiał, dlaczego Szpony tyle czasu spędziły w Hidelban. Dlaczego tak długo czekały, zanim ruszyły do Nowej Jerozolimy? Doktor nie chciał tego sam przed sobą przyznać, ale z dnia na dzień bał się coraz bardziej, że przeoczył coś niezmiernie ważnego, coś absolutnie istotnego — że popełnił jakiś błąd, za który przyjdzie mu drogo zapłacić na tym bądź na tamtym świecie.
* * *
Wybiegł z lasu. Po raz kolejny obejrzał się przez ramię, by sprawdzić, czy nikt go nie ściga — lecz pod ścianą drzew panował bezruch. W razie czego, nie miałby się jak bronić. Musiał teraz zdać się na swoje nogi. Musiał jak najszybciej dotrzeć do Saragrave, do ludzi, których traktował jako swoich towarzyszy i przyjaciół, choć nie zawsze był pewien, czy oni traktują go w ten sam sposób. Żałował, że zabrano mu medalion. Przyzwyczaił się do myśli, że ten szczególny naszyjnik przynosi szczęście.
Brnął przez śnieg. Od osady dzieliło go kilkaset metrów. Uda się. Na pewno się uda. Dostrzegł zbiegowisko w wiosce. Nie widział wyraźnie, co się dzieje, był wyczerpany długim biegiem. Pewnie go szukają. Tak. O, tam po lewej. Widać masywne sylwetki Zarzira i Magdara. Rozmawiają z jakimiś ludźmi. Ktoś go chyba zauważył. Tak! Ktoś wchodzi na... wóz? Pewnie będą go wołać. To już niedaleko. Udało się!
A potem świst, czarny kształt, potężne uderzenie w pierś. Przewrócił się w śnieg. Stracił przytomność.
Odzyskał ją jeszcze na krótką chwilę jakiś czas później. Zdążył poczuć straszliwy ból promieniujący z klatki piersiowej na całe ciało. Zdążył zauważyć, że z lasu podążają w jego stronę jakieś mroczne sylwetki. Zdążył poczuć niewyraźne, przyćmione fizycznym cierpieniem uczucie strachu. Zdążył pomyśleć, że nie mylił się co do naszyjnika. A potem czarna kurtyna opadła znów. Tym razem na zawsze.