Kiedyś sądziłem, że można ratować dobrych ludzi, zabijając złych. Że można naprawiać świat ognistymi kulami. Ale jednocześnie magia ognia mnie przerażała. Dlatego używałem jej tak rzadko, jak to było możliwe, zastępując ją zaklęciami powietrza. Chyba już wtedy wiedziałem gdzieś w głębi duszy, że moje wahania nie były tylko słabością woli. Że kłamstwem jest stwierdzić, iż cel uświęca środki.
Kiedy zginął Thomas, przestałem się wahać. Tylko raz, tylko na chwilę. Przez sekundę wydawało mi się, że wiem, rozumiem, że w końcu odkryłem prawdę. Że zło jest w ludziach tak widoczne, tak dostrzegalne, iż można je z łatwością wskazać ręką, a potem przytknąć do niego głownię i podpalić stos. Lecz chwilę później czułem już tylko pustkę.
Wiele tygodni później, gdy trzymałem w dłoniach medalion Świerszcza, tamte myśli powróciły. Ale tym razem dostrzegłem, że nie jestem sam. Dzięki niech będą Panu, iż tak pokierował moimi krokami, że nie popełniłem kolejnego błędu i że w końcu zdałem sobie sprawę z Jego obecności.
Teraz widzę, że barwą płomieni jest nie królewska purpura, ale ciemna czerwień krwi. Dziś będę zabijał po raz ostatni; nie mogę pozwolić, by drugi z przyjaciół stracił życie z mego powodu. Gdyby nie moja szansa na odzyskanie mocy, może nigdy nie wyruszylibyśmy w tę szaleńczą podróż.
Teraz muszę... musimy doprowadzić to wszystko do końca.
Deus, miserere mei... Miserere nobis.